Logo

Codziennie KUBA

Dziennik wpisów, zdjęć, filmów i muzyki. Opowieści, historia i codzienność Wyspy.
Blog

Kuchnia kubańska, czyli dlaczego fasola i ryż

25.05.2018
autor: adam

Jeden z częstszych komentarzy, jakie słyszymy od Was, kiedy wracacie z Kuby to: „było super, tylko to jedzenie… jak można jeść ryż z fasolą?!”.

Drodzy Państwo, szanowni food instagramerzy i hedoniści smaku, kochane podniebienia, przyzwyczajone do włoskiej pizzy i argentyńskich steków, noski wyczulone na zapach wanilii i kardamonu, tak, tak ja też taka jestem, ale… na Kubie dalej podstawową funkcją jedzenia jest zaspokojenie głodu.

Wielu z Was pewnie nie pamięta czasów, kiedy podstawowym menu w polskim domu były placki ziemniaczane, ziemniaki z kwaśnym mlekiem lub jajko sadzone z ziemniakami. Gdyby zastąpić ziemniaki ryżem i dodać trochę fasoli to powstanie tradycyjna kuchnia kubańska.

Większość przepisów, podobnie jak kultura, czy religia dotarły na wyspę wraz z niewolnikami. Rewolucja, która miała poprawić sytuację ludności, zwłaszcza wiejskiej, niestety zapoczątkowała okres wielkiego niedostatku. Dostępne było to, co urosło lub zostało wyhodowane na wyspie. “Lepsze produkty”, jak ryby czy owoce morza, Kubańczycy musieli oddawać państwu. Trafiały one do hoteli, żywiono nimi kanadyjskich i europejskich turystów.

Ilość produktów, dostępnych dla przeciętnego Kubańczyka, była więc bardzo ograniczona – głównie ryż, fasola, niektóre warzywa bulwiaste. O przyprawach nawet nikt nie myślał. W latach 90-tych, po upadku ZSRR, zaczyna się na Kubie okres specjalny, zwany periodo especial. Kończą się dotacje i dary płynące od Wielkiego Brata, a zaczyna okres zatrważającego ubóstwa, walki o przetrwanie, nieustannego zastanawiania się, skąd zdobyć miskę ryżu.

Okres ten ukształtował kubańską kulturę kulinarną. Nieistotne było co, istotne było, żeby cokolwiek zjeść. Dlatego właśnie tradycyjna kuchnia kubańska jest prosta.

W potrawach rzadko łączy się więcej niż 2-3 produkty. Przypraw używa się skromnie. Dodatkiem do każdego posiłku jest ryż. Wołowina prawie nie istnieje (krowy są dalej własnością rządu kubańskiego.) Dania mają być sycące.

Od tego czasu wielkiego głodu sporo się na Kubie zmieniło i zmienia się dalej. Dzięki libretas, kubańskim „kartkom”, każdy Kubańczyk może teraz za bardzo niewielką kwotę nabyć podstawowe produkty jak olej, ryż, fasolę, mięso czy kawę. Odkąd rolnicy kubańscy uprawiają ziemię na własny rachunek można też kupić ich produkty na targach lub od sprzedawców niestrudzenie przemierzających ulice miast i miasteczek.

Dzięki turystom, poziom życia, zwłaszcza w miastach, szybko rośnie. Większy jest też przepływ informacji i produktów (w pięknym mieście Matanzas, dalej nie wiem dlaczego, zwanym kubańską Wenecją, trafiłam na polską chińską zupkę Vifon.) Kubańczycy niestety też odkryli takie „dobra” jak kawa rozpuszczalna czy glutaminian sodu… Jeśli masz te produkty w domu to jesteś bogaty. I tutaj wybaczyć mi musicie drobną dygresję. Nasz znajomy Kubańczyk, mieszkający w Polsce ponad 15 lat, poprosił nas kiedyś o zabranie paczki dla jego rodziny, mieszkającej w Hawanie. Zabraliśmy oczywiście, spodziewając się leków, środków czystości, może jakiejś zabawki dla dzieci. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy otworzywszy paczkę, zobaczyliśmy 2kg kostek rosołowych…

Teraz Kubańczycy sami żartobliwie mówią, że „żyją, aby jeść”. Niegrzecznością w domu kubańskim jest niedojedzenie swojej porcji, zostawienie czegoś na talerzu. Na Kubie powstaje też coraz więcej restauracji. I tak mamy bary szybkiej obsługi, serwujące hamburgery i frytki, do których Kubańczycy uwielbiają chodzić na randki. Pseudoeuropejskie knajpy, próbujące dogodzić turystom – ale czy naprawdę podczas wakacji na Kubie nie można się obejść bez naleśników i spaghetti bolognese? I mamy te ostatnie – świetne restauracje serwujące kuchnię kubańską w nowoczesnym wydaniu. Z pewnością są warte odwiedzenia. Jednak miejsca, bez których absolutnie nie wyobrażam sobie pobytu na wyspie, to kuchnie w casas particulares. Kto był z nami, ten wie. I wspomina. I ślinka mu cieknie na myśl o ropa viejau Tani w Trinidadzie, czy zupie fasolowej w Vinales. Nie dlatego, że były to najlepsze potrawy, jakie w życiu jedliśmy (też lubimy argentyńskie steki). Ale dlatego, że te wszystkie potrawy były doprawione miłością. Pasowały jak ulał do gorącego, kubańskiego powietrza i reggaetonu, grającego gdzieś w tle. Były dopełnieniem kubańskiej przygody.

Sandra Kroll

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wyślij na maila

Poinformuj swoich znajomych o stronie